
Wpływając do Rønne pominęliśmy miejską marinę. Lubimy przytulać się do rybackich części portów i tak zrobiliśmy i tym razem. Miasto nie interesowało nas ani jako cel, ani miejsce w którym chcielibyśmy spędzać czas. Z miasta wypłynęliśmy i od miast chcieliśmy być daleko. Kierowaliśmy się do Karskrone i tym razem, w zgodzie z wiatrem, przystanki robiliśmy po zachodniej stronie Bornholmu. Ronne było więc dobrym miejscem na przystanek. Byliśmy niedospani i mokrzy. Marzyła nam się świeża ryba, ale okazało się, że o tej porze nie nie uda nam się jej dostać.
s/y Easy cumowaliśmy pod nisko wiszącymi chmurami, z których padał drobny deszcz. Ledwo Grzecho zdążył przewiesić nad naszymi głowami plandekę, lunęło jak z cebra. W ciągu wieczora przeszły trzy takie pompy. Farelka, którą ku zdziwieniu załogi ształowałam przed wyjściem w Świnoujściu, przydała się po raz pierwszy już tu, na pierwszym przystanku Bornholm-Ronne.
Poszukiwania havenmaster'a zakończyły się niepowodzeniem a sanitariaty były zamknięte. Od pracownika FSO (skup ryby, nie mylić z naszym prężnym przemysłem samochodowym) dowiedzieliśmy się, że havenmaster będzie później i on ma żetony pod prysznice.
Shower - marzenie chyba każdego żeglarza jachtu, który ma tylko kingston.
Havenmaster przyjechał specjalnie do nas autem. Znalazł naszą s/y Easy wśród rybackich kutrów i naszą czwórkę, nie wziął pieniedzy za postój tylko sprzedał 4 zbawienne pollety, które dla nas pachniały szamponem i mydłem.
Rano mieliśmy kupować rybę, ale poranek zaistniał dla nas później niż dla duńskich rybaków. Uwinęli się szybko i ok. 11:00 nie było już żadnej ryby a kolorowe pojemniki stały puste. Tuńczyk z polskiej puszki nie był naszym marzeniem. Ruszyłyśmy więc z Magdą na polowanie. W portowym pomieszczeniu w żółtych kłębach dymu, przy kartach i piwie siedziało 3 mężczyzn i jedna kobieta. Wszyscy rozczochrani i jakby nie bardzo obecni w przedpołudniowej rzeczywistości. Jeden z mężczyzn, ten o mocno zmierzwionej długiej brodzie i twarzy rumianej, bynajmniej nie od słońca, pokazał nam litewski kuter, wzbudzając w nas nadzieje na podbój statków rybackich. Odchodząc pomyślałam, że nasz rodzimy po sąsiedzku Runcajs był jednak bardzo elegancki.
Po drugiej stronie basenu stały mniejsze i większe literwskie i łotewskie kutry. Na jednym z nich, na rufie, stał oparty o burtę starszy drobny mężczyzna wpatrzony w wodę w basenie. Zapytałyśmy o rybę. Spojrzał na nas i zawołał w stronę wnętrza "Staszka ! Staszka!"
Zza drzwi wyłonił się wielki brzuch, odziany w nadpruty granatowy sweter. Zdawało się już, że brzuch wyłaniać się będzie bez końca, ale wreszcie ujrzałyśmy na końcu twarz mężczyzny ok. 50-tki, tak na pierwszy rzut oka. Obaj jednogłośnie odesłali nas, do największago kutra stojącego na końcu keji. Chwilę poźniej zadzierałyśmy głowy w kierunku białej nadbudówki i szczerząc zęby w uśmiechu.
W duszy śmiałam się myśląc,że na szczęście mamy teraz na sobie sztormiaki, a nie miniówki i szpilki.
Z nadbudówki wyłoniła się przez małe okienko głowa. Gdy zapytałyśmy o ryby, głowa pokiwała przecząco i z trudem po angielsku odpowiedziała, że ryby nie ma, jednak nadal się nam przyglądała zaciekawiona. Magda nie dała za wygraną. Całe szczęście, że kutry zna nie tylko z wyglądu.
Znów mała wymiana krótkich angielskich zdań tym razem przemieszanych z rosyjskim. Gdy głowa "paniała", że rozumiemy po rosyjsku zawołała kolejną głowe do małej otwartej szybki.
Dobra, pomyślałam, ja już wprawdzie nie bardzo pamiętam jak się czyta rosyjskie "bukwy", ale dla ryby to ja mogę i starorosyjską drukowaną cyrlicą pokrzykiwac pod kutrem ! Magda nie zapomniała na szczęście. Rosyjskojęzyczna głowa rzuciła z okienka,że maja "tylko małe szprotki, które nie nadają się na zupę". Trzecia głowa spoglądała przez szybę obok. Nie damy się zbyć szprotką. Korzenie nam wyrosną ale będzie łosoś, albo dorsz, no flądra chociażby ! Wreszcie lody zaczynają topnieć,ale tylko trochę, bo mają jedynie zamrożone ryby.
Tylko mrożone szprotki ? Nie wierzę !
Głowa mówiąca po rosyjsku nie miała po lewej stronie ani jednego zęba, a po prawej posiadała, a jakże, kilka. Wreszcie powiedziała,że mają zamrożonego łososia i pokazała jak dużego, wyciągając swoje ręce przez małe okienko. Głowy pękły ! Yesss! Będzie obiad ! Czując postęp w negocjacjach i chcąc utrzymać wątłą nić porozumienia teraz my zaczęłyśmy kiwać swoimi głowami, że chcemy. No tak, ale co oni za niego dostaną ?- zapytał Wtedy Magda wypowiedziała zaczarowane zdanie : A koniak możet byc ?
Głowa pokazała w szerokim uśmiechu swój mocno okrojny garnitur zębów, powiedziała coś do wnętrza i natychmiast wszystkie 3 głowy ukazały się jakby przyklejone do szyby cukierni dzieci, z radosnymi śmiechami różnej jakości.
"O kiej", my idziemy po butelkę, oni szykują rybę.
Wracając zobaczyłyśmy,że głowy zamieniły się w trzy postacie odziane w drelichy, stojące w oczekiwaniu na pokładzie. Rosyjsko mówiąca postać złapała za czarny duży worek i postawiła przed naszymi nogami. Zajrzałyśmy z ciekawością co z niej dla nas wyciągnie. Postać powiedziała,że mamy tam jednego łososia i prezent. Okazało się, że były tam jeszcze 3 dorsze, a prezent był sporym kawałkiem czegoś niesamowitego zawiniętym w folię, o czym dowiedzieliśmy się później, w Hammerhavn. Szarpnęłyśmy za rogi worka i oczy nam się zaświeciły ze zdziwienia ile ryby udało się nam upolować, tymczasem brunatno odzianej postaci oczy się zaświeciły srebrzyście na widok Scharach Berg'a. Nasza drelichowa postać chowając go niczym czarodziejski eliksir za pazuchę, podążyła do swoich. Uniosłyśmy jakieś 12 kg ryby w czarnym worku i potuptałyśmy do naszych chłopaków. Miło było popatrzeć jak łapią się za głowę. Cóż, naszym morskim świecie, to my wracamy z łowów.